Śląsk nie dał rady drwalom

Posted in Ekstraklasa, Polonia Warszawa, Ryszard Tarasiewicz, sędziowie, Łudziński, Śląsk Wrocław on 21/03/2009 by szkudlar

Twierdza Wrocław padła po raz drugi. Tym razem pod naporem Wandali i czy innych Wizygotów, czyli warszawskiej Polonii. Granie w kości się opłaciło, bo mimo liczebnej przewagi i rzutu karnego Śląsk nawet nie zremisował.

Po co tacy gracze jak Koził czy Mynar grają w piłkę? Głównie po to, żeby demolować rywali. Gdy na dodatek trafi się tak słaby sędzie jak Bartos, to rzeźnia na boisku gwarantowana. Zwłaszcza że młodzi gracze wzięli przykład ze starszych kolegów i również kosili równo z trawą. Gracze Śląska nie do końca podjęli rękawice i długo byli nieźle poniewierani przez warszawskich drwali. Tak naprawdę jedna czerwona kartka dla polonistów, to duży błąd arbitra, bo przynajmniej jeszcze Kozioł kwalifikował się na wyrzucenia z boiska. Sędzia, choć trudno go tak nazwać, skandaliczną decyzję podjął jeszcze w doliczonym czasie gry gdy Mynar ściągnął piłkę ręką z głowy Szewczuka. Albo „strzał” łokciem Gołębiewskiego w twarz Celebana. Również bez reakcji. To tyle na temat beznadziejnego arbitra i drwali z Warszawy. Inna sprawa, że do 60 minuty, czyli czerwonej kartki dla Jodłowca i rzutu karnego, Śląsk grał beznadziejnie. Tak, nie słabo, beznadziejnie. Później zaatakował, ale bez głowy, bez pomysłu. Wrocławianie przez jakiś kwadrans zepchnęli Polonię do mega obrony, ale później gra się… wyrównała. Niestety nie popisał się również trener Tarasiewicz. Nie widać był w grze gospodarzy żadnego pomysłu, nie widać było, żeby „Taraś” miał jakiś plan, jak przechytrzyć defensywie nastawionych gości. Kick and run, a właściwie wrzutka na aferę, w pole karne, to trochę mało. Zmiany tradycyjnie późno przeprowadzone… Szkoda, że Łudziński przed meczem nie obejrzał spotkania Fulham z Manchesterem United. Tam tez był karny dla gospodarzy, Danny Murphy też strzelił w prawo czy zmylił bramkarza, ale na tym podobieństwa się kończą. Łudziński bowiem nie trafił w bramkę, a po strzale Anglika piłka pewnie zatrzepotała w siatce. Ostatecznie Fulham dobił osłabionego rywala (karny był za rękę, po której Scholes wyleciał z murawy), a Śląsk nawet nie zremisował. Porażka z Polonią chyba przekreśliła marzenia o europejskich pucharach. To kolejna kolejka, gdy czołówka traci punkty punkty, a wrocławianie nie potrafią tego wykorzystać. Dzisiejszy mecz, a także spotkanie z Odrą Wodzisław, pokazały że jeszcze za wcześnie na Europę we Wrocławiu. Niestety…

Niepewny pewniak

Posted in Euro 2012 on 13/03/2009 by szkudlar

Czy Wrocław może stracić organizację Euro? Raczej nie, choć zamieszanie jakie ostatnio powstało wokół budowy stadionu, z pewnością szans stolicy Dolnego Śląska nie wzmacnia. Czekają nas więc dwa miesiące niepewności…

Jeszcze niedawno wszystko było jasne. Wrocław jako jedno z czterech miast – obok Warszawy, Gdańska i Poznania – został wybrany na miejsce rozgrywania meczów mistrzostw Europy 20012 w piłce nożnej. Dwa pozostałe – Kraków i Chorzów, były na liście rezerwowej. Teraz okazuje się, że tamte ustalenia są już nieaktualne. I to na prośbę polskiej strony. Decyzja o tym, gdzie ostatecznie odbędą się mistrzostwa zapadnie w maju. Z pewnością wpływ na nią będą miały wizyty w miastach – kandydatach Davida Taylora, sekretarza generalnego UEFA, który sprawdzał stan przygotowań poszczególnych ośrodków. Po wyjeździe Anglika władze Wrocławia były wyraźnie zadowolone. Zwłaszcza że prace są u nas bardziej zaawansowane niż w innych miastach. Sielanka trwała jednak krótko. Najpierw gruchnęła wiadomość, że miasto, nie jest właścicielem wszystkich gruntów, na których ma ma stanąć stadion i drogi dojazdowe. Okazuje się, że o zwrot działki, na której ma być fragment stadionu stara się wrocławianka Danuta Krzywda. Jest ona również właścicielką hektara ziemi, gdzie mają powstać drogi dojazdowe do obiektu. Miasto daje jej za nią 5,5 mln, wrocławianka chce 7,5 mln zł. Gdy strony nie dojdą do porozumienia, można jeszcze wywłaszczyć właścicielkę. Wtedy o wysokości zapłaty zdecyduje sąd. Na szczęście, nie ma zagrożenia roszczenia Danuty Krzywdy zastopują czy też opóźnią budowę stadionu. Wpływ na rozpoczęcie budowy ma jednak zamieszanie z wyłonieniem wykonawcy. Ten zmieniał się już trzy razy. Ostatecznie, na mocy decyzji Krajowej Izby Odwoławczej zostało nim konsorcjum pod przewodnictwem Mostostalu. Gdy wydawało się, że stosowna umowa zostanie parafowana i na plac budowy wjedzie ciężki sprzęt, przegrana w przetargu firma Max Bogl zaskarżyła decyzję KIO do sądu okręgowego. Rozpatrzenie wniosku może trwać nawet miesiąc. Wszystko wskazuje na to, że o tyle trzeba będzie zaczekać z rozpoczęciem prac. A jeśli decyzja sądu, od której nie przysługują żadne odwołania, będzie niekorzystna dla Mostostalu, trzeba będzie zmienić wykonawcę. W każdym z przypadków spowoduje to opóźnienia w pracach. Niestety, obie te sprawy powodują, że w świat, a więc również do UEFA, idzie niepokojący przekaz: Wrocław nie do końca panuje nad procesem inwestycyjnym. Nikt w Europie nie będzie się przecież zastanawiał, czy to miasto jest winne, czy raczej zagmatwane prawo o zamówieniach publicznych. Zwłaszcza, że niepokojących sygnałów jest więcej. Nie tak dawno czołowi politycy w mieście zastanawiali się, czy w dobie kryzysu w ogóle warto budować stadion. Nie ma ciągle jednej, spójnej koncepcji, kto będzie finansował budowę stadionu: miasto czy raczej spółka Wrocław 2012. Wszystko to oczywiście nie powoduje zagrożenia, że sam obiekt nie powstanie, ale robi niepotrzebne zamieszanie, którego w przeddzień ostatecznej decyzji o wyborze miast-gospodarzy Euro powinniśmy unikać.

PizzaMan znowu strzela

Posted in Ekstraklasa, Ryszard Tarasiewicz, Śląsk Wrocław on 09/03/2009 by szkudlar

Trzymałem kciuki za Przemka Łudzińskiego, że w końcu zacznie strzelać bramki, bo wcześniej pokazał, że potrafi to robić. W końcu się udało. Wciąż jednak trudno mi uwierzyć, że w profesjonalnym klubie piłkarz żywił się… pizzą.

Łudziński był najlepszym strzelcem Śląska w II lidze, po awansie – ku zaskoczeniu niemal wszystkich – wyleciał ze składu.  Wiadomo, słabsza forma może zdarzyć się każdemu. Ale “Łudi” nie dostawał nawet szansy, żeby się wykazać. A gdy dostawał te nieliczne, jak choćby w pucharowym meczu z Nielbą, partolił je, nie podejmując nawet walki. Czasem nawet żal było patrzeć, jak ociężały porusza się po boisku w Młodej Ekstraklasie. Myślałem wtedy – ocho, Łudziński podpadł z czymś “Tarasiowi” i ten postawił na nim krzyżyk. Wszystko było niemal jasne w przerwie zimowej, gdy piłkarz ogłosił, że woli odejść gdzieś na wypożyczenie, niż dalej grzac ławę w Śląsku. I nagle, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki, karta sie odwróciła. Wszystko ponoć po rozmowie z trenerem. Łudziński zaczął ostro trenować, zrzucił kilka kilogramów nadwagi, w sparingach prezentował się na tyle dobrze, że wskoczył do pierwszej jedenastki Śląska. W meczu z Polonią przypomniał, że instynktu strzeleckiego nie zatracił, a na waleczności nawet zyskał…

- Dzisiejszy mecz pokazał, że warto było odstawić pizzę - mówi bez ogródek napastnik WKS-u. Zaraz, zaraz… Jak to? Profesjonalny piłkarz czołowej drużyny polskiej ligi na co dzień żywił się pizzą? Którą popijał pewnie colą…

Wszystko jasne. Teraz nie dziwi czemu Łudziński stracił formę, wyleciał ze składu i był bliski odejścia z klubu. Z taką dietą, trudno, żeby było inaczej. I bez znaczenia jest, czy pizza była przyczyną, czy efektem słabej formy zawodnika.

Niestety, cała sytuacja pokazuje przy okazji, jak organizacyjnie daleko jeszcze Śląskowi do piłkarskiej Europy. Bo trudno sobie wyobrazić, żeby np. Adebayor (w końcu w Arsenalu Londyn był ostatnio na stażu trener Tarasiewicz) żywił się fast foodach. Na Zachodzie gracze, zazwyczaj od najmłodszych grup wiekowych, wspólnie jedzą posiłki w klubowej stołówce. Oczywiście zgodnie z zaleceniami klubowego dietetyka.

Na szczęście Śląsk jest na początku drogi budowania profesjonalgo klubu i pewnie prędzej czy później każdy z zawodników będzie się żywił tak, jak zaleci mu fachowiec, a nie na własną rękę.

Ultimatum “Tarasia”

Posted in Roman Zieliński, Ryszard Tarasiewicz, Zygmunt Solorz, Śląsk Wrocław on 27/02/2009 by szkudlar

Choć już jutro pierwszy na wiosnę mecz w ekstraklasie, kibice Śląska bardziej zastanawiają się czy w drużynie zostanie trener Tarasiewicz, który na łamach prasy domaga się nowego kontraktu.

Trener Tarasiewicz w samych superlatywach wypowiada się o wejściu w Śląsk Zygmunta Solorza. Jednocześnie upomina się o swoje: – Do tej pory nie było czasu, ciągle myślałem o zawodnikach. Teraz, jak wszystko jest dograne, przyszedł czas zająć się swoją osobą. Chciałbym podpisać trzyletnią umowę z opcją możliwości odejścia do reprezentacji Polski, gdyby pojawiła się taka propozycja. – Będą problemy z dojściem do porozumienia? – Nie sądzę. Jestem bardzo otwarty i tolerancyjny – oczywiście w granicach rozsądku. Sprawę mojej umowy powinniśmy załatwić nie później niż 48 godzin od podpisania umowy miasta z panem Solorzem. Oni muszą się zdecydować – w jedną, albo drugą stronę.

Do tego, że „Taraś” mówi co myśli, zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Problem w tym, czy to najlepszy sposób na załatwianie takich spraw, jak przedłużenie kontraktu. Rozumiem racje trenera – chce wiedzieć, na czym stoi, chce mieć kredyt zaufania w budowaniu potęgi Śląska. Zdaje sobie sprawę z tego, że przez wielu, zwłaszcza kibiców, postrzegany jest jako ikona klubu i jest to na pewno spory handicap w negocjowaniu nowej umowy. Czy jednak „Taraś” nie przesadza? Straszenie, że po wejściu do klubu, Solorz ma dwa dni na podpisanie nowej umowy może tylko zrazić do swojej osoby jednego z najbogatszych Polaków. Biorąc pod uwagę fakt, że Tarasiewicz nie jest ulubieńcem (przynajmniej nieoficjalnie) włodarzy miasta, może się okazać że jego ultimatum na nikim nie zrobi dużego wrażenia.

Roman Zieliński na stronie Fan Śląska podziwia nawet kunszt strategiczny w tej kwestii „Tarasia”, który sobie to wszystko wykalkulował. Żeby tylko się nie okazało, że to Dutkiewicz nie przechytrzy trenera. Jasne, że prezydent Wrocławia dba o swój image, ale miłość lub nienawiść kibiców Śląska, to dla niego najmniejszy z problemów, z jakimi musi się borykać. Nawet gdyby „zwolnił” (oczywiście pośrednio) Tarasiewicza, to i tak nie straci zbyt wiele wyborczych głosów, bo wydaje mi się, że akurat on wśród fanów Śląsk ma poparcie umiarkowane. Inna sprawa, że obecny wpływ miasta na klub jest ograniczony. Wiadomo, że lada dzień zostanie ogłoszona decyzja o wejściu inwestora i obecne władze klubu nie podejmą żadnej strategicznej decyzji. Zresztą doskonale zdaje sobie sprawę z tego sam „Taraś”, dlatego swoje ultimatum zamierza odliczać od momentu porozumienia.

Korupcję mamy we krwi?

Posted in Dol.ZPN, IV liga, Okręgówka, klasa A, klasa B, korupcja on 05/02/2009 by szkudlar

Problem korupcji w piłce to nie tylko wielkie pieniądze i zatrzymania w świetle kamer. To również małe szwindelki w klasie B, A czy IV lidze. I choć większość wie o co chodzi, to przecież nie ma dowodów…

Zatrzymanie Piotra Reissa, czy dobrowolna „spowiedź” przed prokuratorem trenera Czesława Michniewicza, sprawiły że sprawa korupcji w polskiej piłki wróciła na czołówki mediów. Wszak pierwszy jest (był?) powszechnie szanowaną żywą legendą poznańskiego Lecha, a drugi wciąż popularnym „polskim Mourinho”.

Kolejne „autorytety” padają, a na wierzch wychodzi przerażająca prawda o tym, jak przez lata (bo przecież nie od 2003 roku, od kiedy jest to ścigane przez prawo przestępstwo) wyglądała nasza ligowa rzeczywistość. Rozmiar korupcji jest rzeczywiście – jak zwykł mówić jeden z niedawnych premierów – porażający. A przecież to tylko czubek góry lodowej i pewnie nigdy się nie dowiemy – kto, co i za ile.

Daleki jestem od tezy, że tylko układy przez lata decydowały o tym, jak wyglądały ligowe tabele poszczególnych lig. Na pewno jednak duży wpływ na to, kto spadł, awansował, czy zagrał w pucharach miały. Tak było od lat. Za komuny decydowały jeszcze względy polityczne – im wyżej w partii postawiony był działacz czy nawet sympatyk, tym klub miał łatwiej. Do tego dochodziły bonusy z bycia klubem związanym z wielkim przedsiębiorstwem państwowym (zazwyczaj kopalnią) czy pod osłoną wojska czy milicji. Później rządziły przede wszystkim pieniądze, zwłaszcza że były w piłce coraz większe. No i stare znajomości. Tak trwało to do momentu, aż wybuchła wielka afera… A może nadal trwa? Co prawda gra jest coraz bardziej ryzykowna, ale niewykluczone, że wciąż znajdują się rozstrzygnięcia przy zielonym stoliku. Zwłaszcza że ludzi uwikłanych w stare układy ciągle w futbolu funkcjonuje sporo.

Zastanawiając się nad przyczynami piłkarskiej korupcji, jako pierwszy powód przychodzą na myśl pieniądze. Szybkie i łatwe, wystarczy zrobić z siebie kur… Później chęć awansu, sława, prestiż… Czasem wydaje mi się jednak, że ludzie piłki korupcję mają we krwi. Oczywiście nie wszyscy, a nawet nie większość – tylko margines, ale jest to w pewien sposób skażone środowisko. I to od najniższych lig.

To co tam się dzieje, wie każdy, kto choć kilka sezonów grał na boiskach od IV ligi do B klasy. Im niżej, tym śmieszniej. Odpuszczanie meczu „zaprzyjaźnionemu” klubowi w potrzebie to norma. W myśl zasady „ja mu teraz, on mi w przyszłym sezonie”. Oczywiście nikt żadnych fantów nie dostaje, zwykła przysługa. Co najwyżej można się później piwa po meczu napić, oczywiście na koszt zwycięzcy.

W takich przypadkach zazwyczaj sędziowie nie mają pojęcia co się dzieje. A jak nawet wiedzą, to nie mają wpływu na rozwój wypadków. Najczęściej jednak to oni są rozgrywającymi. W niższych ligach, gdzie młodzi arbitrzy dopiero się uczą, ich wpadki to zazwyczaj brak doświadczenia lub słabość. Im bardziej doświadczony rozjemca, a poziom sędziowania skandaliczny, wielce prawdopodobne, że arbiter się „sprzedał”. Za flaszkę, piwko i kiełbaskę czy drobną sumkę. Im wyższa liga, tym sumka większa.

Najgorsze jest to, że nie ma na to żadnej siły. W najniższych ligach to największy problem – brak jakiegokolwiek nadzoru okręgowej centrali. Nie ma kamer, a nawet jak któraś ze stron nagra mecz, to zazwyczaj taki film nie jest brany pod uwagę jako dowód. Protest? Można pisać co się chce, okręgowe związki i tak opierają się głównie na protokołach sędziowskich. I sędziowie bardzo dobrze o tym wiedzą. I jak któryś chce kręcić lody, to nic mu w tym nie przeszkodzi. Nie tak dawno w IV lidze dolnośląskiej było wiele protestów, że arbitrzy wybitnie sprzyjają jednemu z klubów walczących o awans. Obecni na tych meczach nie mieli wątpliwości – działy się cuda. Ale Dolnośląski ZPN w cuda nie wierzył i żądał: – Dajcie nam dowody! Inaczej nic nie możemy zrobić. I nie robił.

Być może możliwości miał ograniczone, ale i chęci równie mierne. Lokalne środowisko piłkarskie jest hermetyczne. Wszyscy się znają i popierają. No poza tymi, którzy są aktualnie ”kręceni”. OZPN-y wolą święty spokój, niż wywracanie wszystkiego do góry nogami. Czyż podobnie nie jest w PZPN-ie, tylko w większej skali?

Stąd smutny wniosek, może niesprawiedliwy i nieuprawniony, że korupcję, zwłaszcza przez małe „k”, mamy we krwi… W końcu „ja tobie dziś, jutro ty mi…”

Nie taki Pokorny

Posted in Petr Pokorny, Ryszard Tarasiewicz, Śląsk Wrocław on 03/02/2009 by szkudlar

Na łamach Słowa Sportowego “gorzkie żale” wylewa Petr Pokorny,  defensor Śląska Wrocław, który po jednym meczu w lidze – bez słowa – został odesłany do Młodej Ekstraklasy. Jeśli to prawda, to dziwne rzeczy dzieją się przy Oporowskiej…

- Dlaczego grasz i trenujesz w Młodej Ekstraklasie, a nie w pierwszym zespole Śląska?

- Nie wiem. Nic nie wiem. Nikt mi nic na ten temat nie powiedział.

- Trener Ryszard Tarasiewicz powiedział, że jest z Ciebie niezadowolony?

- Nic takiego nigdy z jego ust nie padło.

- A rozmawialiście w ogóle od czasu, kiedy wypadłeś z drużyny?

- Nie rozmawialiśmy.

Rozmowa w “Słowie Sportowym” jest oczywiście dłuższa, ale te krótkie pytania i odpowiedzi wystarczą. Czech został bez słowa odesłany do rezerw i nie wie nawet dlaczego. Powodów może być wiele. Słaba forma, trener uznał, że Pokorny na ekstraklasę jest za słaby, albo nie widzi go w przyszłości w Śląsku i już teraz woli budować nową defensywę. Nikt nie może odmówić prawa Ryszarda Tarasiewicza do takich decyzji. On odpowiada za wynik i on decyduje kto gra.

Problem więc nie w treści, tylko w formie. Bo jeśli podstawowy dotąd gracz ( w II lidze Pokorny zagrał w 29 z 34 meczów) zostaje odsunięty od zespołu po jednym meczu (z Lechią Gdańsk) bez słowa wyjaśnienia, to nie jest fair. Oczywiście, trener nie musi tłumaczyć się zawodnikowi ze swoich decyzji. Ale może, a przynajmniej powinien z nim porozmawiać. – Słuchaj, nie będę stawiał na ciebie, możesz szukać nowego klubu. Albo. Pokaż, że stać na grę w ekstraklasie, walcz na treningach o pierwszą drużynę. A tu nic. Echo…

Dobre wyniki Śląska to w dużej mierze zasługa trenera Tarasiewicza, jego charyzmy i atmosfery w drużynie,  o której krążą już legendy. Czasem tylko można odnieść wrażenie, że gracze, którzy nie są już potrzebni albo jakoś podpadli coach’owi, są odsuwani na boczny tor.  Taki jest los zawodowego gracza, szkoda tylko, że często odbywa się w mało eleganckich – eufemistycznie rzecz ujmując – okolicznościach.

Fojut zastąpił Ostrowskiego

Posted in Antoni Kordos, Jarosław Fojut, transfery, Śląsk Wrocław on 02/02/2009 by szkudlar

Kibice Śląska mają nowy temat. Przynajmniej jeśli chodzi o personalia. Przejście Krzysztofa Ostrowskiego do Legii schodzi na dalszy plan, na czoło wchodzi niedoszły transfer Jarosława Fojuta.

Gdy pojawiło się po raz pierwszy nazwisko Fojuta, większość kibiców, ale i ekspertów, uważała to za dobry wybór. Szybko doszło do porozumienia zawodnika z klubem, problemem była – tylko przez chwilę – kwota odstępnego. Gdy Bolton przystał na 100 tys. euro, wszyscy oczekiwaliśmy przyjazdu do Wrocławia młodzieżowego reprezentanta Polski. Wszak był dogadany z klubem… No właśnie. Był. A właściwie nie był. Kulisy rozmów z zawodnikiem uchyla dzisiejsza Gazeta Wyborcza. Inaczej nieco prezentuje je portal szlachta.wroclaw.pl. Obie strony nieco inaczej rozkładają akcenty „przechodzenia Fojuta do Śląska”. Jedno jest pewne – ktoś mija się z prawdą. Klub mówi, że to piłkarz podniósł swoje żądania, gracz, że Śląsk dogadana już propozycję obniżył. Prawdy się pewnie nie dowiemy. Inna sprawa jest ciekawa. Jak Śląsk przeprowadza transfery. Negocjacje prowadzą… kierownik drużyny i II trener, skądinąd sympatyczni, ale jednak zupełnie niedecyzyjni. Rozumiem, że poszli na spotkanie, bo znali dobrze Antoniego Kordosa, byłego prezesa Śląska, reprezentującego Jarosława Fojuta. I ponoć się dogadali. Trudno jednak uwierzyć, że później nikt z szefostwa klubu nie potwierdził tych informacji, nie zadzwonił do piłkarza czy choćby Kordosa. Czyżby zaważyły osobiste animozje? Tak czy siak, obie strony zarzucają sobie złamanie danego wcześniej słowa… Śląsk to klub na dorobku w profesjonalnym futbolu. I pewnie będą jeszcze się zdarzały podobne historie, kiedy o fiasku transferu decydować będą niedoróbki organizacyjne. Bo jeśli nawet nie one zdecydowały w przypadku Fojuta, to z pewnością nie zminilizowały ryzyka niedogadania się z piłkarzem.

Święte prawo Ostrowskiego

Posted in Krzysztof Ostrowski, Legia, transfery, Śląsk Wrocław on 19/01/2009 by szkudlar

Choć sam piłkarz się migał, okazało się, że Krzysztof Ostrowski podpisał już kontrakt z Legią Warszawa. Od lipca. Teraz czeka go pół roku w rezerwach. I lżenie (większości) wrocławskich kibiców. Czy na to zasłużył?

Z tą miłością to przesadziłem. Kibice Śląska lubili, cenili, szanowali „Ostrego”, ich oczkiem w głowie raczej nie był. Choć związany większość kariery z Oporowską, legendą Śląska nie zdążył być. I już nie zostanie… Teraz czas na nienawiść. Transfer do Legii w oczach wielu kibiców uczynił go zdrajcą i sprzedawczykiem, który poszedł do znienawidzonego rywala dla większych pieniędzy. Z rzadka pojawiają się głosy, że boisko to miejsce praca piłkarza i zmiana pracodawcy to naturalna kolej rzeczy. Zwłaszcza, gdy wiąże się z awansem (sportowym) i większą gażą. Tak myśli zdecydowana mniejszość fanów WKS-u.

W mediach pojawiła się informacja, że 10 tys. zł, które zarabiał we Wrocławiu, zamienił na 30 tys. zł (a nawet 40, jak gdzieś przeczytałem), które dostanie w Warszawie. Pewnie większość z kibiców, która dziś opluwa Ostrowskiego, postąpiłaby podobnie, gdyby miała taką możliwość. Łatwo się kogoś ocenia, gdy się nie staje przed takim wyborem. Nie znamy powodów, dla których piłkarz podjął taką, a nie inną decyzję, ale miał do niej prawo i z pewnością nie zasłużył na obelgi.

Co nie zmienia faktu, że uważam, że „Ostry” robi błąd przechodząc do Legii. Po pierwsze, w Śląsku się wybił i był na fali wznoszącej, stał się odkryciem ekstraklasy i miał szansę stać się jej prawdziwą gwiazdą. W Legii będzie jednym z wielu i wcale nie powiedziane, że będzie grał pierwszoplanową rolę. Niby z Warszawy bliżej do wielkiej piłki, ale nie każdy przy Łazienkowskiej się szybko zaaklimatyzuje.

Po drugie, „Ostry” to jeszcze nie jest ligowiec pełną gębą. Jeszcze niedawno rezerwowy w II lidze, miał bardzo dobrą ostatnią rundę. Myślę, że duża w tym zasługa trenera Tarasiewicza, który potrafił dotrzeć do swojego pomocnika i wydobyć z niego to co najlepsze. Czy tak będzie z Urbanem? Szkoleniowiec Legii to dobry fachowiec, ale w tym temacie może mu pójść gorzej od „Tarasia”.

Po trzecie, problemem Ostrowskiego może być najbliższa runda wiosenna. Jeśli Legia nie zdecyduje się go wykupić już teraz (za 100 tys. euro, co jest racjonalną ceną), to skrzydłowy może się pożegnać z przygotowaniami i grą w pierwszej drużynie. Pozostaje mu Młoda Ekstraklasa co z pewnością wpłynie na jego formę. Czy kiepsko przygotowany „Ostry” zwojuje Warszawę?

Na koniec finanse. Zostając we Wrocławiu Ostrowski dostałby nowy kontrakt. Z pewnością nie byłoby to 30 tys. zł (no chyba, żeby było), ale pewnie ok. 20 by było. Niezła sumka. I większa szansa na grę, na uwielbienie kibiców i cały splendor, gdy się jest wschodzącą gwiazdą ekstraklasy. Wybrał z pewnością większe pieniądze, ale i niepewną przyszłość, walkę o pierwszy skład i niesławę w rodzinnym Wrocławiu.

Kadra bez Gancarczyka

Posted in Janusz Gancarczyk, Leo Beenhakker, reprezentacja, Śląsk Wrocław on 15/01/2009 by szkudlar

Leo Beenhakker powołał kadrę na towarzyskie mecze z Litwą i Walią. Znalazło się w niej czterech graczy z Dolnego Śląska, ale nie ma wśród nich Janusza Gancarczyka.

Nasi kadrowicze na zgrupowanie w Portugalii to Piotr Celeban, Mariusz Pawelec i Antoni Łukasiewicz ze Śląska Wrocław oraz rezerwowy Szymon Pawłowski z Zagłębia Lubin. Kogoś brakuje? Z pewnością każdy wrocławski kibic wskaże bez wahania Janusza Gancarczyka. Już podczas poprzedniego zgrupowania i sparingowej potyczki z Serbią nie kryli oburzenia, że Holender nie dał się wykazać skrzydłowemu Śląska.

Tym razem „Granek”nie załapał się w ogóle do kadry. Miejmy nadzieję, że nie było to pokłosie żalu, z którym nie krył się w niektórych wypowiedziach po Serbii. Leo podobno nie czyta polskiej prasy, więc pewnie uznał, że reprezentacja to na razie dla Gancarczyka za wysokie progii. Szkoda, bo mógłby dostać szansę na pokazanie swoich umiejętności. Przynajmniej kilku graczy prezentuje się gorzej od zawodnika Śląska, a w kadrze są. Oczywiści liczy się koncepcja Leo, ale aż tak wielu dobrych skrzydłowych nie mamy, żeby nie sprawdzić czy „Garnek” do tej koncepcji pasuje. Bo co innego treningi, a co innego mecz. Choćby towarzyski.

“Ostry” jednak w Legii

Posted in Krzysztof Ostrowski, Legia, transfery, Śląsk Wrocław on 14/01/2009 by szkudlar

PRW podało informację, że pomocnik Śląska Krzysztof Ostrowski przenosi się do Legii Warszawa.

Co prawda informacja o przenosinach “Ostrego” na Łazienkowską pojawiła sie już pod koniec roku, ale była to tylko plotka. Sam piłkarz również się od niej dystansował. Dziś PRW podało, że Ostrowski odrzucił propozycję nowego kontraktu ze strony Śląska, dogadał się z Legią i od nowego sezony będzie grał w Warszawie. Co więcej, w wyniku takiego obrotu sprawy warszawianie złożyli Śląskowi propozycje pozyskania piłkarza już teraz.

W sumie trochę się dziwię skrzydłowemu Śląska. Co prawda Legia to uznana marka nie tylko w Polsce, ale WKS po mału zaczyna odbydowywać swoją pozycję, na razie na pikarskiej mapie Polski. W Śląsku “Ostry” był podstawowym zawodnkiem, stwała sie gwiazdą ligi, w Legii będzie jednym z wielu. Nie wiadomo czy w ogóle powiedzie mu się przy Łazienkowskiej. Sporo więc ryzykuje. Co prawda do odważnych świat należy, ale choćby przykład Krzysztofa Szewczyka pokazuje, że wcale nie jest łatwo podbić Warszawę, mając za soba nawet udany sezon (czy rundę, jak w przypadku Ostrowskiego) we wrocławskich barwach.

Inna sprawa, jak łatwo na krajowym podwórku wypromować się i trafić do jednego z mocniejszych klubów. “Ostry” tak naprawdę na wysoki poziom wszedł podczas ostatniej rundy, wcześniej był rezerwowym w drugoligowym Śląsku.

Nie ma co oceniać decyzji piłkarza (nawet jeśli się potwierdzi). Czy motywowała go chęć rozwoju (śmiem twierdzić, że na razie miałby większą szansę na to we Wrocławiu)  czy gaża. Oby nie okazało się, że wróci szybciej, niż wyjechał. Jak kilku innych przed nim.